reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
19:00

Spotkanie Warsaw Hunters z Młodzieżowcami mogło decydować w przypadku wygranej gości o brązowych medalach dla zespołu Tomka Krzyżańskiego. Warunkiem koniecznym przy takim scenariuszu była nie tylko wygrana Młodzieżowców, ale i porażka Sante w meczu z Playboysami. Patrząc na to, że gospodarze mieli problem z zebraniem meczowej szóstki i stawili się w zaledwie pięciu to pierwsze  zadanie wydawało się proste do wykonania. Początkowo nawałnica sytuacji pod bramką Huntersów dała szybkie prowadzenie, ale im dalej w mecz tym widać było, że taktycznie goście muszą się jeszcze wiele nauczyć. Dwie bramki stracone w bardzo prosty sposób pod koniec pierwszej połowy dały sygnał,  że jeszcze nie wszystko w tym meczu było przesądzone. Do przerwy mieliśmy wynik 2:5. Po zmianie stron goście podkręcili tempo, a gospodarze nie byli już tak dobrze zorganizowani w obronie co skutkowało kolejnymi trafieniami. Z każdą minutą grający w pięciu Warsaw Hunters opadali z sił i to skrzętnie wykorzystywali Młodzieżowcy. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 3:14, co jak się później okazało nie wystarczyło zespołowi Tomka Krzyżańskiego do zajęcia miejsca na podium...

2
19:00

Rywalizacja FC Patriot z Virtualnym Ń nie miała wielkiego ciężaru gatunkowego, bo obydwie ekipy nie liczyły się w walce o najwyższe cele. Ale to nie oznaczało, że mogły sobie pofolgować w ostatnim meczu sezonu, bo Patrioci mogli wskoczyć na czwarte miejsce w tabeli, z kolei Virtualni uniknąć ostatniego miejsca. Szybko się jednak okazało, że ekipa Marka Giełczewskiego nie będzie miała w tym starciu wielkich argumentów. Nominalni „goście” przyjechali na spotkanie bez Szymona Kolasy, Rafała Jochemskiego i Patryka Zycha, co powodowało, że mimo całej sympatii do tej ekipy, nie widzieliśmy żadnych szans, by tutaj można było pokusić się o dobry wynik. Skład Virtualnego tworzyła głównie „stara gwardia”, ale musimy przyznać, że mimo iż brakowało wielu kluczowych graczy, to postawa tej ekipy bardzo nam się podobała. Świadczył o tym również wynik, bo do przerwy Patrioci prowadzili tylko 3:2, aczkolwiek wiedzieliśmy, że gdy pojawi się większe zmęczenie, to ten rezultat szybko się zmieni. I tak też było – zespół Dmytro Bobyra błyskawicznie zbudował sobie w drugich 25 minutach dużą przewagę i mógł ze spokojem oczekiwać końcowego gwizdka. Ta część spotkania zakończyła się wynikiem 7:0 dla faworytów, a cały mecz 10:2. FC Patriot zrobili więc swoje i ostatecznie uplasowali się na szóstej pozycji w tabeli, co naszym zdaniem nie odzwierciedla ich możliwości. Stać ich było na więcej i wydaje nam się, że udowodnią to w sezonie zasadniczym. Co do Virtualnych, to za ten mecz należą im się brawa – zrobili tyle ile mogli i tyle, na ile pozwalał im skład. Naszym zdaniem Marek Giełczewski powinien zastanowić się, czy ze wspomnianej „starej gwardii” nie stworzyć nowego zespołu, który gdzieś na dziewiątym-dziesiątym poziomie Ligi Fanów mógłby sobie spokojnie pokopać. Być może część zawodników miałaby większą przyjemność z gry, bo tak to wszystko kręci się wokół Szymona Kolasy, co oczywiście nie stanowi zarzutu, ale pierwsza połowa meczu z Patriotami pokazała, że nawet bez niego można zagrać na dobrym poziomie. Na pewno jest to temat do przemyślenia. Co zaś tyczy się ogólnego podsumowania Virtualnych w Lidze Letniej, to trzeba powiedzieć sobie jasno – ten zespół był jednym z największych rozczarowań tej edycji. Liczyliśmy z ich strony na zdecydowanie więcej i domyślamy się, że celem na sezon zasadniczy będzie szybkie powetowanie sobie letnich niepowodzeń. Czas pokaże czy to się uda, czy też mamy do czynienia z czymś, co można nazwać kryzysem lub zmęczeniem materiału.

3
19:00

Miłe złego początki - tak chyba trzeba opisać w skrócie potyczkę Korsarzy z KK Watahą Warszawa. A mowa o grze gości, którzy świetnie rozpoczęli spotkanie, gdyż po bramkach Artura Adamca oraz Mateusza Fejchera dość szybko wyszli na prowadzenie 0:2. Korsarze byli takim przebiegiem spraw mocno zaskoczeni i chwilę im zajęło, zanim wskoczyli na swój właściwy poziom gry. Gdy już odpalili wyższy bieg, bardzo szybko, bo w ciągu jednej minuty, ich gracze wpisywali się na listę strzelców, a byli to Loic Bonnet oraz Bartek Kowalewski. Świetna gra z pierwszej piłki, mnóstwo podań, słowem - szóstkowa "Tiki-Taka" w wykonaniu Korsarzy była bardzo przyjemna dla oka, ale także skuteczna. Po podaniu Sebastiana Dzikiego, piłkę przyjął Bartek Kowalewski i ładnym strzałem w długi róg nie dał szans Antkowi Dudzie. Wataha zdołała jeszcze wyrównać stan meczu, gdy po podaniu Jakuba Dmitruka gola zdobył Mateusz Musiński, jednak ostatnie słowo w pierwszej odsłownie należało do gospodarzy, a konkretnie do Bartka Kowalewskiego, który golem na 4:3 skompletował klasycznego hat-tricka. Po zmianie stron z ekipy gości kompletnie zeszło powietrze, co skrzętnie wykorzystali gospodarze. Dość powiedzieć, że druga połowa zakończyła się wynikiem 6:1 i niestety dla widowiska, gracze Watahy byli tłem dla świetnie grających oponentów. W całym spotkaniu trzeba wyróżnić Bartka Kowalewskiego - zdobywcę czterech bramek i asysty, a także Sebastiana Dzikiego (2 gole oraz 2 asysty) oraz Loica Bonnet (2 bramki oraz asysta). Ostatecznie gospodarze wygrali 10:4, dzięki czemu Korsarze wylądowali ostatecznie na piątej pozycji. KK Wataha Warszawa swoje zmagania zakończyła na ósmej pozycji, z taką samą liczbą punktów jak uplasowani pozycję wyżej Warsaw Hunters.

4
20:00

Gdy mierzy się lider z ekipą zamykającą tabelę wydaje się że przebieg meczu a co więcej wynik wydaje się oczywisty. W wielu przypadkach tak właśnie jest, ale niedzielnego wieczoru na boiskach AWFu historia napisała zupełnie inny scenariusz. Od początku oglądaliśmy mecz prowadzony w szalonym tempie, gdzie zawodnicy jednej i drugiej drużyny walczyli o każdy centymetr boiska. After Wola od samego początku wierzyła, że jest w stanie wygrać tę potyczkę i nawet małe niepowodzenia czy strata bramek nie zachwiały wiary w końcowy sukces. Goście szybko wyszli na prowadzenie i sprawiali wrażenie pewnych swoich umiejętności. Gdy podwyższyli wynik nadal starali się atakować, by osiągnąć korzystny wynik dający spokój i kontrolę na boisku. Do przerwy zgodnie z tym co pokazywała przed meczem tabela na prowadzeniu byli faworyci. Wynik 1:3 to był najmniejszy z możliwych rezultatów, bo East Crew mieli sporo sytuacji, ale nie potrafili ich wykorzystać. Po zmianie stron długo wynik nie zmieniał się, lecz gospodarze wciąż wierzyli, że mogą jeszcze tutaj namieszać. W końcówce spotkania mieliśmy wszystko to, za co kochamy rozgrywki w Lidze Fanów. Bramka kontaktowa dla After Wola i nerwowość u rywali, którzy nie dosyć że zatracili swoje atuty, to jeszcze po wykluczeniach grali w osłabieniu. Ekipa z Woli wykorzystała sytuację i w zaledwie trzy minuty najpierw wyrównała a chwilę później była już na prowadzeniu. Rozpaczliwe ataki gości nie przyniosły efektu i niespodzianka stała się faktem. Brawo za walkę i kapitalne widowisko stworzone przez obie ekipy i śmiało można powiedzieć, że był to najlepszy mecz kolejki kończącej zmagania w sezonie lato na boiskach AWFu. Ostatecznie East Crew zostali mistrzem 2.ligi, bo szczęśliwie dla nich Playboys przegrali z Sante. Ale domyślamy się, że gracze mistrzowskiej ekipy woleliby to osiągnąć własnymi siłami, aniżeli liczyć na pomoc rywali. Na szczęście za kilka dni nikt nie będzie już o tych okolicznościach pamiętał i najważniejsze, że udało się osiągnąć zakładany cel. Brawo!

5
20:00

Wynik spotkania Sante kontra Playboys dawał mnóstwo możliwych scenariuszy, jeśli chodzi o końcowy układ tabeli 2.ligi. Playobys dzięki własnej wygranej i równoległej porażce East Crew mogli zostać mistrzem, z kolei w przypadku porażki skończyliby zmagania na trzecim miejscu. Z kolei gracze Sante nie mieli już szans na tytuł, ale zwycięstwo stanowiło obowiązek, jeśli chcieli zacumować na podium. Mecz zapowiadał się więc bardzo ciekawie, chociaż w obozie Playboys brakowało dwóch bardzo ważnych zawodników – kapitana Jakuba Tworka oraz Piotra Sadowskiego. W Sante skład wyglądał bardzo solidnie i byliśmy ciekawi, jak to się wszystko zakończy. I trzeba przyznać, że mecz trzymał w napięciu do ostatnich sekund. Ogólnie niemal całe starcie wyglądało w ten sposób, że to Playboys mieli piłkę, to oni szukali szans w ataku pozycyjnym, jednak gdy tracili futbolówkę, to ta była natychmiast transportowana do Michała Aleksandrowicza, który wiedział co z nią zrobić. A gdybyśmy mieli wskazać jeden z kulminacyjnych momentów tego spotkania, to wskazalibyśmy na pierwszą połowę, przy stanie 1:1. Gracze w różowych koszulkach mieli wówczas naprawdę dogodne okazje, by wyjść na prowadzenie, lecz kapitalnie bronił Leszek Piotrowski. No i jak to się zwykle kończy w takich przypadkach – zamiast zdobyć gola, Playboys stracili go, gdy zapomnieli wrócić do obrony, za co pokarał ich Michał Aleksandrowicz. Potem zrobiło się 3:1 i przegrywający musieli gonić. Ambicji im nie brakowało, były momenty gdzie dochodzili rywala na odległość jednego trafienia, lecz ta bariera okazywała się dla nich nie do przeskoczenia. Poza tym wciąż szwankowało krycie popularnego „Alexa”, który ilekroć miał trochę wolnego miejsca, to zapewniał swojej drużynie kolejne bramki. W końcówce spotkania Playboys dostali informację, że East Crew przegrywa, co oznaczało, że gdyby udało im się odwrócić losy spotkania, wówczas wygraliby 2.ligę. Chęci były, jednak Sante broniło się bardzo skutecznie i finalnie mecz zakończył się wynik 5:4 dla braci Kowalskich i spółki. To oznaczało, że Playboys skończyli ligę na miejscu trzecim, a Sante o oczko wyżej. I pewnie obydwie ekipy są lekko rozczarowane, bo tak naprawdę obie mogły myśleć o złocie. Jednak wracając do samego spotkania, to przyjemnie oglądało się to widowisko. Na boisku widać było, że mamy do czynienia z zespołami z górnej półki, dlatego medale trafiły w dobre ręce. Nie sposób jednak nie pochwalić indywidualnie Michała Aleksandrowicza i Leszka Piotrowskiego, bo to byli główni architekci sukcesu swojej ekipy. W Playboys swoje robił Mikołaj Kosieradzki, nie odstawali Mateusz Szymczak i Kacper Włodarczyk, natomiast wydaje nam się, że troszkę więcej mogli zrobić pozostali gracze. Ale czy to wystarczyłoby do wygranej? Dziś to już tylko gdybanie…

Reklama